Kredyty we frankach. Pozew zbiorowy opóźnił sprawę.

Frankowicze – dlaczego pozwy zbiorowe nie przyspieszają sprawy?

Początek

Historia frankowiczów rozpoczęła się kilkanaście lat temu i, niczym epopeja narodowa, trwa do dzisiaj. Dokładnie od roku 2003, banki zaczęły udzielać kredytów we frankach. To, oczywiście wielkie uproszczenie, bo kredyty były wypłacane w złotówkach, natomiast wysokość spłaty waloryzowana jest do kursu franka. Niby wszystko w porządku, bo każdy jest w stanie samodzielnie policzyć wysokość raty, na podstawie kursu waluty, ale tutaj zaczyna się problem, ponieważ banki zapisały sobie w umowach, niedozwolone postanowienia umowne, na podstawie których mogą one, arbitralnie, przeliczać kurs. To z kolei, bezpośrednio wpływa, zarówno na wysokość kredytu, jak i na wysokość rat. Można by się też zastanawiać, czy sami kredytobiorcy nie są sobie winni, ale jest to temat na zupełnie inną okazję.

Pozew zbiorowy

We wrześniu 2019 r. w warszawskim Sadzie Okręgowym ruszył, wreszcie, proces z pozwu zbiorowego, przeciwko Millennium Bank.Frankowicze pozew złożyli wspólnie, i okazało się, że pozwów jest 3288, a samych poszkodowanych ( wliczając w to małżeństwa) jest 5350 osób, natomiast kwota sporu opiewa na 146 mln zł. Dla ścisłości, należy dodać, że polskie prawo dopuszcza pozwy zbiorowe od 2010 roku. Frankowicze pozew zbiorowy złożyli pięć lat wcześniej, niestety sąd uporał się ze sprawami formalnymi dopiero teraz. Pomimo, że na całym świecie, pozwy zbiorowe są najkorzystniejszą formą zaskarżania umów, to Polsce tego typu procesy rozbijają się o kwestie administracyjne i niewydolność polskiego wymiaru sprawiedliwości. Wystarczy zauważyć, że w latach 2010 – 2017 z pozwów grupowych, została rozpatrzona zaledwie co trzecia sprawa, ale nawet jeśli zakończyła się wyrokiem na korzyść poszkodowanych, to żaden z nich, nie dostał jeszcze pieniędzy. Wygląda na to, że w przypadku pozwu grupowego vs. Millennium Bank sprawa potrwa kolejnych kilka lat, ponieważ jak zauważają osoby zainteresowane, w tym mecenasi, polskie sądy nie są przygotowane organizacyjnie na tego typu wyzwania.

Jeśli nie pozwy zbiorowe to co?

Frankowicze pozew zbiorowy, uznali za najskuteczniejszą formę walki z bankami. Dość szybko okazało się, że jest to niewypał, ze względu na skomplikowane procedury i zbyt długie oczekiwanie na zakończenie sprawy. Jakie, więc, mają wyjście? Istnieją oczywiście pozwy prywatne. Można by uznać, że w tym przypadku, sądy szybciej uporają się z rozpatrzeniem sprawy. Niestety nie. Najlepszym tego przykładem jest małżeństwo państwa Dziubaków. Frankowicze pozew swój złożyli trzy lata temu. W październiku 2019 r., w ich sprawie orzekał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Odpowiadał on na cztery pytania prejudycjalne, zadane przez Sąd Okręgowy w Warszawie. TSUE stanęło po stronie państwa Dziubaków, ale już na wznowionej, pierwszej rozprawie,sąd odroczył rozpatrywanie sprawy do stycznia 2020 r. Widać więc, że sądy nie spieszą się z rozpatrywaniem tego typu spraw.
Jak wybrnąć obronną ręką z niekorzystnych umów frankowych?

Patrząc na całe zamieszanie wokół kredytów hipotecznych we frankach, większość z nas odnosi wrażenie, że sytuacja jest patowa. Są pozwy zbiorowe, które ciągną się latami, są pozwy prywatne, które też nie zachwycają tempem rozpatrywania, są obietnice przedwyborcze, przewalutowania kredytów na złotówki, które, jak każda kiełbasa wyborcza, tracą okres przydatności do spożycia zaraz po wyborach. Powstają też wszelkiego rodzaju stowarzyszenia. I właściwie nic się w tej sprawie nie zmienia, bo na odszkodowania za kredyt we frankach, poszkodowani też nie bardzo mogą liczyć. Kolejna nieprzyjemna informacja dla frankowiczów jest taka, że jeśli wniosków do sądów będzie więcej, to może zabraknąć biegłych do opracowania ekspertyz. A nawet jeśli ich nie zabraknie, okazać się może, że czas sporządzenia takiego dokumentu znacznie się wydłuży, pomimo tego, że już w tej chwili, wykonanie tej ostatniej, zajmuje średnio 6 miesięcy.
Wszystko to powoduje, że roszczenia frankowiczów, na każdym kroku, napotykają na przeszkody, trudne do pokonania, a równocześnie jest to jedyna droga do odzyskania niesłusznie naliczonych pieniędzy. Tak, czy inaczej spokojnie można stwierdzić, że są to najdroższe mieszkania w Polsce. Szkoda tylko, że nie jest to powód do radości dla frankowiczów.